1
Tagged with:
Lipiec 17th, 2019

Mazury… byłem tam na majówce…

Mazury piękne są w maju. W czerwcu pewnie też, że o wakacjach nie wspomnę. Początek maja ma jednak małą wadę – pogodę. A pogoda, ta wredna zołza kapryśna jest, oj jest. Ale zacznijmy od początku (jak zwykle).

W tym roku na weekend majowy wybrałem się z Singlami do Giżycka, czyli na Mazury. Ruszyłem 1 maja. Była przepiękna pogoda. Słońce świeciło niemiłosiernie, nie dało się jechać samochodem bez przeciwsłonecznych okularów. Ruszyłem przez Toruń i jak tylko go minąłem wjechałem w jakże piękne okoliczności przyrody. Otoczyły mnie zielone łąki i pola pełne żółciutkiego rzepaku. W pełnym słońcu krajobrazy wyglądały jak z bajki.

Wytrzymałem dosyć długo. Może 50 lub 100 km. W końcu zjechałem z głównej trasy w boczną drogę, by uwiecznić to co widziałem na filmiku. Chcesz to zobaczyć klikaj poniżej:

a wiosną rzepaki rosną ;)

Mazury welcome to…

No i dojechałem. Hotel Wodnik zacny. Wszędzie blisko. Po kolacji ruszamy nad jezioro. Pięknie, ciepło, lecz nie gorąco, a przed nami rozciąga się wspaniałe jezioro Niegocin. Pospacerowaliśmy, pozachwycaliśmy się i… idziemy na kawę lub piwo. Wszystko byłoby bajecznie, a wręcz idyllicznie ;) gdyby przemiły Pan kelner nie zapomniał o mnie i przyniósł piwo po 10 minutach, a nie po pół godzinie. Jestem jednak spokojny, bo przecież to może się zdarzyć i mamy piękny długi weekend majowy (w towarzystwie Singli – a właściwie Singielek, bo prawie wszyscy panowie poszli wcześniej spać ;)). No to poszliśmy spalić trochę kalorii. Dyskoteka na nabrzeżu, trochę ludzi, duży namiot, głośna muza. Poskakaliśmy przez chwilę, a że za bardzo nie było wolnych miejsc do przycupnięcia wyszliśmy i ruszyliśmy na kwaterę. Dzień pierwszy można uznać za… zakończony :)

Wiesz jak to jest, gdy masz zaplanowane przebywanie cały dzień na wolnym powietrzu, a tu… pogoda niepewna? Ja wiem. Kilka razy dziennie z nosem w komórce sprawdzam prognozę pogody i… modlę się by nie padało! Ufff… A drugiego dnia padało… może nie za mocno, ale bez parasola ni rusz. Kiedyś miałem teorię, że jak zapakuję do plecaka kurtkę przeciwdeszczową lub parasol to na pewno nie będzie padał deszcz. Nawet dosyć często teoria ta się sprawdzała. Ale nie tym razem! Majowy weekend na Mazurach, był… mokry… przynajmniej drugiego dnia.

Ciągle pada…

No trudno. W przeciwdeszczowych kurtach. Pod parasolami ruszyliśmy z sympatycznym panem przewodnikiem do Twierdzy Boyen. Śmiem twierdzić, że twierdza, jak to twierdza obejrzenia wartą jest. Nie będę więc zdradzał jej tajemnic, bo pewnie już ich nie pamiętam. Jednak z ciekawszych ciekawostek zapamiętałem, że w czasach powojennych w twierdzy były zakłady drobiowe, czyli po prostu kurnik, przed z co fort jako zabytek został strasznie zdewastowany. Aaa… Całkiem zapomniałem. Fort Boyen znajduje się na wyspie otoczonej kanałami i… prowadzi do niego wspaniały zabytkowy most obrotowy. Niestety most ten pojawia się i znika. Tak, wcale nie żartuje. Po prostu jest otwierany dla żeglugi lub dla samochodów i pieszych. Dobrze, że był z nami pan przewodnik, bo wstrzeliliśmy się w odpowiednią godzinę i nie musieliśmy czekać.

Pokropiło, powiało, a gdy skończyliśmy zwiedzanie oczywiście się wypogodziło uff… Trochę przemarznięci poszliśmy coś zjeść. Zamówiłem rosół, rosół który przeszedł do legendy turnusu. Czemu? Hmmm… Może był za tłusty? Nieeee… Może by za chudy? Nieeee… Po prostu miałem pecha. W sumie zamówiliśmy 2 rosołki. Po 15 minutach Kamil zjadł już swój, a ja cierpliwie czekam… Cierpliwość to moje drugie imię… Czekam… Czekam… Po pół godzinie przychodzi miła pani i mówi, że… rosół sie skończył i poleca zupę dnia… Uff… Nie, nie chce zupy dnia, ja chcę rosół. Jestem cieeeeeeeerrrrrppppliwy… jeszcze poczekam. Poczekałem. Się doczekalem. Wszyscy zdarzyli już zjeść swoje dania. Rosół był… nieprzecietnie przeciętny… A najzabawniejsze było to, że gdy po 2 godzinach wrocilismy do hotelu na obiad na stole czekał na nas… Rosół we własnej osobie… i to o niebo smaczniejszy niż ten tak długo wyczekiwany w knajpie. I jak tu się nie śmiać 😁

Let’s dance…

A wieczorem… Poszliśmy potańczyć. Szerokim łukiem ominęliśmy rosołową knajpę. Nie damy im zarobić ;). Nie kupimy piwa…. Zostało nam nabrzeże. Potańcówka niestety w większości w rytmach Disco Polo. Rozumiem, że ludzie bawią się przy takiej muzyce doskonale, ale… przydałoby się czasami kilka chwil wytchnienia i trochę odmiany w dans stajlu ;). Potem już tylko powrót do hotelu i spanko, bo…

…już jutro czekała na nas wycieczka do Wilczego Szańca i nad przepiękną Krutynię. O tym jednak napiszę w kolejnej części mojej mazurskiej opowieści.

komentarz

Comments & Reviews

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

CommentLuv badge

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.