leniwa Biebrza i suche drzewo
4
13 września, 2012

Biebrza niezły las…

Biebrza fajna jest. Taaa…. fajna jeśli chcesz odpocząć od zgiełku miasta i spalin samochodów. Tutaj rankiem budzi Cię prawdziwa CISZA… jeśli nie liczyć odgłosów żurawi, które nawołują się gdzieś w oddali i szumu kaczych skrzydeł który słychać na pobliską rzeką. Cóż, życie jest ciężkie… i żeby przeżyć coś naprawdę ciekawego trzeba po prostu wcześnie wstać…

We wrześniu Biebrza wita mglistymi porankami, a żegna przepięknymi zachodami słońca. I w takim też mglistym klimacie rozpocząłem 3 dzień mojej wizyty nad Biebrzą.

Trzeci? Hmmm… a przecież nie dokończyłem jeszcze opisu drugiej połowy drugiego dnia… już się poprawiam. Obiad zjadłem w Karczmie Bartla w Goniądzu.

Nie był to zwykły obiad, bo w karczmie tej serwowane są przysmaki podlaskiej kuchni. Sama karczma ma bardzo malowniczy klimat mocno związany z folklorem tych okolic. Oprócz pysznego jedzonka, zapamiętałem całe mnóstwo zegarów skrzynkowych wiszących na ścianach i wypchane zwierzaki stojące w głębi.

Ogólnie rzecz biorąc jestem zwolennikiem bezkrwawych łowów z aparatem i nie za bardzo przypadły mi do gustu wypchane trupy zwierząt, ale… jak ktoś chce mieć fotkę z łosiem, dzikiem czy jeleniem, to… takie rozwiązanie jest bezpieczne i przede wszystkim bezproblemowe. Obiadek miło ułożył się w żołądku. A po obiadku, jak to po obiadku warto by było gdzieś złożyć swoje ciało i wypocząć. Hola, hola… ale ja przecież przyjechałem pooglądać sobie nadbiebrzańskie bagna! Nie ma leniuchowania… aparat w dłoń i na koń, czyli do samochodu, bo same bagniska są tak rozległe, że by gdzieś dotrzeć trzeba się po prostu wybrać tam samochodem (no chyba, że ktoś jest mocny w nogach i ma dużo, dużo czasu).

Wyruszyłem więc do Grzęd. Tam zaparkowałem, zaopatrzyłem się w wejściówkę do Biebrzańskiego Parku Narodowego i ruszyłem w las. Las, jak las… cisza, spokój – ptaki śpiewają w koronach drzew. A ja uzbrojony w szkło aparatu rozpocząłem swoją wędrówkę. Człapu, człap, krok za krokiem podążając turystycznym szlakiem wgłębiałem się w przyrodę. Co ciekawe, jak chyba w większości parków narodowych, człowiek nie ingerował zbytnio w to co się tu działo. Poprzewracane drzewa, stare zbutwiałe pnie, czy też wielkie pniaki w poprzek ścieżki były tu normą. To właśnie taki dziewiczy las  sprawiał, że maszerując na tę wycieczkę w powietrzu czuć było jakąś dziwną dzikość, czy to odczucie było prorocze? ufff… ale o tym za kilka chwil.

Wąska droga, wąska i za gąską… no cóż ścieżka była wąska, wiła się i wiła, aż dowiła się do zrobionego ludzką ręką pomostu na którego krańcu był punkt widokowy. Hmm… widok z tego punktu był raczej wątpliwy, no, chyba, że ktoś ma jakieś dwa pięćdziesiąt wzrostu, bo wtedy głowa wystawałaby mu nad okalające zewsząd trzciny. Mówi się trudno… pewnie jakbym zwiedzał bagna z przewodnikiem, pooprowadzał by mnie bardziej w głąb… gdzie i ciekawych miejsc byłoby więcej. Ta ścieżka pozostawiła we mnie pewien niedosyt… niby bagna, niby fajnie, niby można coś ciekawego, bagiennego zobaczyć…

Pomostem wróciłem do głównej drogi, by… Zwiedzanie ścieżki ze starymi barciami rozpocząć (jakby kto nie wiedział, to barcie to takie leśne ule, zrobione z czegobądź co się na ul nadaje, a ul to takie mieszkanie pszczółek, co miodek robią, a miodek to już przecież każdy wie, że… to jest ulubione Co Nieco Kubusia Puchatka). Barcie fajne. Jedne leżały na ziemi. Inne wisiały wysoko na drzewach. Kształty ciekawe, widać wprawną rękę leśnika, co siekierą operować potrafi niczym Arnold Schwartzenegger karabinem maszynowym. W niektórych z tych leśnych uli można było zaobserwować nawet malutkich mieszkańców. Nie zbliżałem się jednak zbytnio, bo ogólnie wiadomo, że drażnienie pszczół może się skończyć niezbyt przyjemnie.

Dzień powoli zbliżał się ku końcowi. Troszkę trasy zostało mi jeszcze do przebycia. Ruszyłem więc dziarsko leśną drogą, bardziej oglądając niż fotografując. Gdy nagle, gdzieś niedaleko… gdzieś z boku po prawej stronie… usłyszałem głośny pomruk. Nogi ugięły mi się w kolanach (ze strachu oczywiście). Adrenalina wstrzyknięta w żyły gwałtownie przyspieszyła mój krok. Wilki… pomyślałem. Nie za dobrze… Kolejne pomruki… tym razem zdecydowanie bliżej… Nagle zobaczyłem sprawcę, a właściwie sprawców: stadko młodych dzików z wielką jak autobus (no bez przesady ;) lochą biegło przez las głośno mrucząc. Ufff… całe szczęście, że to nie wilki… choć i tak lęk mnie nie opuścił, bo w końcu to tylko dzikie zwierzaki i nie wiadomo co im do łba strzeli (a myśliwy to na pewno nie będzie, bo w parku narodowym strzelania są przecież zabronione).

Dalsza część mojej wycieczki była błyskawiczna. Zaczęło powoli się ściemniać. Zdjęć się nie dawało robić. A jak pomyślałem o spotkaniu z dzikami to nogi, mimo przebytych już kilku kilometrów, niosły mnie, że ho… hoo… Niestety to jeszcze nie koniec przygód z dzikami tego wieczoru… wychodząc z lasu spotkałem jeszcze jednego, całkiem sporego dzika. Jednak… znajdował się on w zagrodzie dla chorych zwierząt. Udało mi się więc porobić mu z dziką satysfakcją kilka fotek.

No tak ja tu piszę, że z aparatem wędruję, a gdzie mam te zdjęcia? Dziki mi je zjadły? Nieeee…. nie… już niebawem zamieszczę tutaj niezwykle biebrzną galerię. Mam nadzieję, że jak już to czytasz to niebawem już nadeszło ;)

W następnej chyba już ostatniej części moich przygód nad Biebrzą wrócimy nad Biebrzę… by popływać kajakiem i popodziwiać piękne widoki…

Podobne artykuły:

komentarzy

  • Barbara

    Byłam niedawno w Goniądzu. Podczas wycieczki na bagna /z przewodnikiem/ szukaliśmy łosi, ale była tylko jego kupa.
    Tylko w tamtej okolicy są znaki drogowe: „Uwaga łoś”.
    Spotkanie samochodu z łosiem kończy się przeważnie dla obu stron tragicznie. Ale pięknie tam jest/

    Reply to Barbara
    • KOBIETKA 1967

      jeżdzisz czasem z single relaks NA JAKIES WYPADY??CZY MA TO SENS??
      POZDRAWIAM
      KOBIETKA

      Reply to KOBIETKA 1967
      • Barbara

        Moje doświadczenia są niewielkie, bo byłam tylko raz w czasie Świąt Wielkanocnych. Dobrze, że byłam z koleżanką, bo w czasie świątecznego śniadania byłabym najbardziej samotną osobą w całej karczmie Bartla. Tam były pary, rodziny z dziećmi, byli szczęśliwi, kolorowi, zakochani. My dwie stanowiłyśmy tam wyraźny dysonans. Dzwoniłam po powrocie do pani organizującej „to”,że wpuściła mnie w maliny, że zapowiedzi były inne niż realizacja. Ona miała dobre inte ncje, a było zbyt mało pojedynczych chętnych , więc wypełnili resztę Bartlowizny rodzinami. Cały pobyt był bardzo dobrze zorganizowany, wycieczki bryczką, strzelanie z łuku na pikniku z grilem, pobyt u Króla Puszczy – póki były zajęcia grupowe, było dobrze, śniadanie już nie.
        Rozmawiałam też z Panem Bartlem, on też to widział i miał zamiar następnym razem zrobić wspólne śniadanie.
        Ogólnie było przyjemnie, ale nie miało to nic wspólnego z pierwotnum hasłem całej eskapady. Barbara

        Reply to Barbara
      • Barbara

        Nie pojechałabyś ze mną do Portugalii na przełomie 10 i 11.12. Szukam towarzystwa. Barbara

        Reply to Barbara

Comments & Reviews

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

CommentLuv badge

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.